Miesięczne archiwum: Grudzień 2015

kłosy1małe(fot. Patrycja Kłos)

Czas najwyższy już wyjąć dawno temu kupione przyrządy malarskie. Zaokrąglony trzydziestym tygodniem ciąży brzuch żony przypomina wyraźnie, że trzeba pomyśleć o przeorganizowaniu mieszkania. Najstarszego, sześciolatka, przeniesiemy do pokoju bliżej kuchni (to do jego pokoju ta farba i pędzle). Jest już duży, niech ma swój kąt i swoje biureczko (złożone czeka jeszcze pod ścianą w kartonie). Młodsza zostanie w pokoju. Niech rządzi niepodzielnie, póki za jakiś rok nie dołączy do niej Kruszyna. Dla Kruszyny na razie będzie miejsce blisko nas, w sypialni. Kołyska czeka już u znajomych w garażu.  Będzie trzeba jeszcze komputer przenieść (znowu wiercenie dziur pod kable sieciowe). Jakoś się uda. Już się chce, by ten marzec nastąpił.

 Rodzicielska elita

Myśl o potrójnym rodzicielstwie zaczęła dobijać się pod czaszką jakoś na początku roku. Wcześniej były tylko hasła rzucane, gadanie-gdybanie, niedokończone rozmowy. Tą wiosną ze słów wypłynęła decyzja. Uwierzyliśmy, że miłość w rodzinie 2+3 pomnoży się przez pięć. I że zawsze będzie w niej czym się podzielić. Dotąd udawało się, więc czemu teraz miałoby nie?

– Jesteście odważni… Trójkę dzieci w takich czasach…

Żona nie protestowała. Wpadliście? Będzie dobrze – słyszeliśmy w początkach ciąży.

Zabawne. Gdy na co dzień reklamy lansują fun w wydaniu „double income no kids”, trzecie dziecko może się wydać tylko niechcianą wpadkę. A mnie przypominają się kasety wideo z dzieciństwa, które matka niedawno oddała do digitalizacji. W ciemnym pokoju z ekranu laptopa oglądaliśmy nagranie sprzed niemal 20 lat – któreś imieniny u cioci. Powoli odświeżały się w pamięci imiona pociotków. W pewnym momencie przyłapałem się, że mimowolnie liczę dzieciaki: tu trójka, tam czwórka, tu dwójka.

W latach 80.-90. jedno-dzietność była rzadkością.  A dziś? Ponoć co czwarty związek nie ma dzieci, a co piąty – tylko jedno.

My dołączymy wkrótce do rodzicielskiej „elity”. Według statystycznych rachunków – podobnych nam jest ledwie 5 procent.

Ale bardziej niż statystyki dziwi to całe heroizowanie rodzicielstwa. Pewna psycholog stwierdziła, że ciąża jest czasem szczególnym dla związku, dlatego że wiąże się z poczuciem utraty kontroli. Bo z chwilą poczęcia zaczyna się coś  nieodwracalnego. A my chcemy panować nad życiem. Dlatego wolimy podejmować te decyzje, które dają możliwość odwrotu.

Hawaje na kwadracie

To prawda, w naszym marzeniu o wielodzietności była odrobina szaleństwa, ale nie było przypadku. Ktoś nam przed pierwszą ciążą powiedział: „Nigdy nie znajdziecie dobrego czasu na decyzję o dzieciach. Przeszkód znajdzie się zawsze milion. Więc nie ma co czekać”. Ta myśl ośmieliła nas także, gdy za drugim razem zamarzyliśmy o rodzicielstwie. Skoro wszystko gra jak najlepiej, to czemu nie powiększyć orkiestry?

Decyzja o trzecim dziecku była na swój sposób i spontaniczna, i przemyślana. Bo oprócz marzeń, była w tym też kalkulacja ekonomiczna – że budżet się dopnie, że człowiek będzie pewnie musiał trochę intensywniej popracować, ale benefity dziecięce nieco pomogą.

Skłamałbym bowiem, gdybym stwierdził, że nie braliśmy ich w rachubę (choć ważniejsze były te obowiązujące niż obiecywane). Mamy szczęście – mieszkamy w Gdańsku –  więc i komunikacja będzie darmowa, i kultura półdarmo, i publiczny żłobek po kosztach, bo załapiemy się w widełki wielodzietności i gwarantowanego  miejsca – cały ten milion drobnych obliczeń składających się na domowy budżet.

Może jeszcze zabiorę kiedyś żonę na Hawaje. Dzieci podrosną, opuszczą dom. A jak nie będzie nas stać na samolot, to urządzimy sobie Hawaje w domu – jak w tej zapomnianej reklamie funduszu emerytalnego. Ważne, byśmy we dwoje byli szczęśliwi.

Noce z Hitchcockiem

– Jak to wygląda z perspektywy mężczyzny? – zagadnęła niedawno znajoma. Pomyślałem, że za każdym razem inaczej. Pierwsza ciążą była wychuchana, wpadłem po uszy. Byliśmy sami we dwoje i „ten trzeci” w brzuchu. Gadałem z nim wieczorami, a w ciągu dnia chodziliśmy na spotkania do szkoły rodzenia, gdzie na lalce uczyłem się chwytania, przewijania i kąpania. Technika jest ważna, dała pewność, że sobie poradzę – strach zniknął, zrobił miejsce na pojawienie się więzi.

A potem był ten niesamowity czas, gdy nocami stałem nad garnkiem z parującą wodą, wyparzając butelki, grzałem mleko i karmiłem bobasa, oglądając filmy Hitchcocka. Tego karmienia brakowało mi, gdy przy Młodszej laktacja zadziałała, a mi zostało przewijanie dziecka.

Za to nadrobiliśmy sobie, gdy żona i przepisy dały mi możliwość wzięcia półrocznego urlopu rodzicielskiego. Pamiętam spacery z Młodszą, razem zaprowadzaliśmy i przyprowadzaliśmy Młodego do  szkoły. Czasem tak długo, że do domu wpadaliśmy tylko na chwilę, po świeży zapas pieluch i mleko. Pamiętam, jak się ucieszyłem, gdy pierwszy raz usiadła na moich oczach. Czułem, jakby to był mój, prywatny sukces.

Z Młodszą wiąże mnie jeszcze jedno silne wspomnienie: ten jedyny w swoim rodzaju moment, gdy położna położyła ją na piersi żony. Pamiętam doskonale, jak dostałem wtedy podwójny strzał dopaminy. Że udało się i Młodsza jest już nareszcie z nami. I że moja żona jest taka dzielna. Nie zrozumie tego żaden, który przez pięć godzin porodu nie stał bezsilnie koło swojej partnerki, gdy ona zwijała się w bólach.

Rozmowy z brzuchem

Przez całą ciążę Młody czekał na Młodszą niecierpliwie. Dopytywał, oglądał bajki o rodzących się maleństwach, świadomy i przygotowany oczekiwał na rozwiązanie. Teraz po prostu pyta, kiedy Kruszyna wyjdzie i dlaczego to musi tak długo trwać.

Czasem rozmawiamy z dziećmi o Kruszynie, na którą czekamy i która się ukryła  tam, w brzuchu mamy. Gadamy do niej, a  dzieci machają do brzucha. Młodsza jeszcze niewiele rozumie, ale też macha. Niech będzie, że siostra zobaczy. Ale jak nie chcę jej czegoś „dać”, choćby smoczka czy ciastka, zakrywa brzuch bluzką. Jakby czuła, że za chwilę będzie musiała się dzielić.