Miesięczne archiwum: Luty 2015

kłosy-małe

Piastun, kur domowy, tata na etacie, domowy ojciec – zwał jak zwał, w każdym razie od pięciu miesięcy jestem na urlopie rodzicielskim. Na głowie mam Młodego (lat 6) i oczywiście Małą (rocznik 2014). „Jak jest?” to chyba najczęściej słyszane pytanie obok „Czy nie brak ci pracy?”. Jest dobrze. Po prostu.

Pomyli się jednak ten, kto postawi znak równości między urlopem rodzicielskim a wypoczynkowym. Wolnego czasu mam nie więcej niż człowiek pracujący 8 godzin dziennie. Sytuacja komplikuje się, gdy druga połówka wraca z pracy późnym wieczorem, a ja zmuszony jestem ciągnąć nadgodziny przy dzieciach. Czasem do ich zaśnięcia.
I jakoś nie bawią mnie stereotypy o żonach gderających, że ich mężowie późno wracają. Bywa, że sam gderam. Opieka nad dzieckiem, prowadzenie domu to seria czasochłonnych – nieraz do znudzenia powtarzalnych – zadań. Przyznaję za to, że wyraźnie spadło tempo życia.
Jedyną wolnością, jaką bezsprzecznie odzyskałem na rodzicielskim, była wolność myślenia. Blisko miesiąc zabrało mi uwalnianie umysłu od problemów pracy.
Wcześniej
Godzina zero tuż-tuż. Czuję się jak ciężarna na kilka dni przed terminem: lekka nerwówka, ale też ciekawość, podekscytowanie. Tyle że skurczów nie ma. W gronie znajomych świętowaliśmy niedawno mój „poród”. Dużo pytań, dużo gdybań.
Dzień -1
Jestem gotowy. Jutro pierwszy test: odebrać Młodego po raz pierwszy ze szkoły. I przy okazji nie zgubić Małej. Poziom trudności jak dla początkujących, ale pierwsze samodzielne wyjście z wózkiem „na miasto” lekko stresuje. Jak przystało na wózkowego, będę walczył. Żaden Mikołejko nie napluje mi w twarz.
Dzień 1
Daliśmy radę. Małą zacząłem pakować godzinę po wyjściu Młodego. Zabrałem prowiant, na zmianę ciuchy, pieluchy, tetry, ściereczki i kocyk. Starczyłoby tego do równonocy. Pomyślałem: „Pojedziemy do centrum, pospacerujemy, Mała zażyje powietrza”. Wrzesień ciepły, a pogoda zachęcała do spacerów.
Trochę mnie poniosło – przyjechaliśmy trzy godziny przed czasem. W efekcie, z nudów, obeszliśmy ECS dookoła, zinwentaryzowaliśmy stocznię, zbadaliśmy Nową Wałową i budowę Muzeum II Wojny Światowej. To będzie kiedyś ładny kawałek miasta. Szkoda tylko, że burzą to, co zostało po stoczni.
W szkole Mała oszołomiona – pierwszy raz znalazła się wśród takiej wrzawy. Młody podekscytowany pierwszym dniem nauki. Poszliśmy na lody.

Dzień 4
Pierwszy tydzień roboczy za nami. I pierwsza obserwacja: nie trzeba krzyczeć, żeby przejechać z wózkiem przez wąskie przejście lub wsiąść i wysiąść z autobusu. Zwykłe „przepraszam, proszę” wciąż działa. Ludzie są mili, w najgorszym wypadku obojętni. Normalni.
Dzień 7
Złapałem rytm, żyję seriami: pielucha, karmienie, usypianie, pielucha, zabawa, karmienie. Mała ucina sobie dwie drzemki w ciągu dnia. Śpi godzinę, półtorej. Czasem dwie. Mam czas dla siebie. Albo raczej na ogarnięcie chaty. Staram się nie sprzątać zbyt energicznie. Czytałem, że nie można budzić śpiących niemowląt.

zofia-stare2-małe
Dzień 16
Żona kupiła większe smoczki dla Małej. Na jednym jest napis „I love milk”. Na drugim „I love mum”. Wersji z „daddy” nie było. Przy okazji ponarzekała, że nie widać, żebym w domu coś robił. Czepia się. Odparowałem coś o wole i cielęciu.
Dzień 19
Przeczytałem, że niemowląt nie można chować w ciszy. Teraz w trakcie drzemki podgłaśniam trochę telewizor.
Dzień 23
Odważyłem się nastawić zmywarkę w trakcie drzemki. Ścieram kurze. Zbieram ubrania po domu i składam w stosiki. Wróciłem do gotowania (przypomniały się czasy studenckie). Kur domowy pełną gębą. I przestały mi wystarczać drzemki Malej na zrobienie wszystkiego w domu, co sobie zaplanowałem.
Dzień 32
Dużo chodzę na spacery. Odkrywam Gdańsk na nowo. Bawi mnie robienie zakupów na hali targowej w południe. Czuję się jak na urlopie, choć do wieczora muszę radzić sobie z Małą sam. Jestem oszołomiony wolnością. Po raz pierwszy od czterech lat mam czas i siły pomyśleć o bzdurach.
A, znalazłem dobry warzywniak. Małej kupuję jabłka, a sobie warzywa sezonowe. Jest w czym wybierać. Gotuję. Przez ostatnie lata zapomniałem, jakie to fajne.
Dzień 46
„Polska szydzi z facetów na tacierzyńskim” – dopadł mnie nagłówek „Newsweeka”. A ja czuję, że coś zaczyna się we mnie gotować. Dalej nie było lepiej. Niejaka Anna Szulc tak postanowiła opisać sytuację mężczyzn decydujących się na opiekę nad dziećmi: „Znienawidzeni przez pracodawców, potępiani przez biskupów, lekceważeni przez własne matki, a czasem nawet żony. Mężczyźni, którzy postanowili zostać w domu z dziećmi, są u nas traktowani jak istoty z innej planety”. W tekście historie „z życia wzięte”: pana Roberta, z którego wszyscy drwią, a pracodawca nie chce przedłużyć umowy, pana Piotra, którego pediatra lekceważyła w gabinecie, a żona w łóżku. Chyba mieszkam na innej planecie niż pani Szulc. Załapuję doła. Może ze mną coś nie tak. Może ludzie szydzą za plecami.
Dzień 49
Nowy element w rytmie dnia. Teraz działam w systemie: „pielucha, karmienie, usypianie, ząbkowanie”. Nocą sen skurczył się dramatycznie.

zofia-stare8-małe

Dzień 56
Byłem na szczepieniu. Moja pierwsza wizyta lekarska z Małą. Stres jak przed egzaminami. W głowie myśli co najmniej, jakby dziecko mieli mi w gabinecie odebrać. Czy Mała ręce i buzię ma czyste? Czy dobrze ją ubrałem? Nie za ciepło? Nie za luźno? Ubranie jest czyste?
Po szczepieniu lekarka spytała, kto się opiekuje Małą. Odpowiedziałem, że rodzicielski wziąłem na siebie.
– Piękna decyzja. To taki cudowny okres w życiu dzieci, tak szybko mija. To wspaniale, że mężczyźni chcą też w tym uczestniczyć – wzruszyła się. Serio. W drodze do domu myślę, że to jednak ta Szulc z „Newsweeka” jest z innej planety.
Dzień 69
Kiedy odbierałem ze szkoły Młodego, w holu wywiązała się rozmowa z innym ojcem. Mówił, że ze swoim dzieciakiem siedział rok na wychowawczym i że był to jeden z najlepszych okresów w życiu. Wow, jednak nie jestem sam. Plus 10 punktów do samozadowolenia.

Dzień 101
Mała zaczęła raczkować. Staje też przy barierce. Mogę gapić się na nią godzinami.

zofia2-małe
Dzień 129
W telewizji poleciała piosenka o mamach. Refren prosty: „Ram pam pam/ pam pa ram/ bardzo fajną mamę mam”.
Czwarty miesiąc oglądam kanały dziecięce, ale piosenki dla tatusiów nie słyszałem. Zacząłem przyzwyczajać się, że „tata w domu” jest wciąż abstrakcją. Piosenki, laurki, życzenia są dla mam. Niech zapracowane w domowym kieracie mają chociaż chwilę przyjemności.
My, ojcowie na etacie, nie mieścimy się jeszcze w wyobraźni telewizyjnych producentów. Zresztą nie figurujemy nawet w przestrzeni symbolicznej. Pokoje z przewijakami są dla „matek z dzieckiem”. Do tego oznaczone piktogramem pokazującym maleństwo i kogoś z kitkiem lub trójkątem przesłaniającym biodra (Szkota?). Nawet sklepy nazywają się Mama i Ja i inne Supermamy. A ojcowie w kosmosie.
Czuję się jak Tinki Winki. Mam nawet swoją torbę. Trzymam w niej akcesoria dziecięce.
Dzień 155

Żona wróciła „normalnie” do domu. Wyszedłem na trzy godziny do miasta. Chwila wytchnienia.

Po powrocie Mała wyciągnęła do mnie ręce i wyszczerzyła buzię w uśmiechu. Żona ze śmiechem: „Czekała na ciebie jak na mamę”.

Epilog

Tata jak mama. Mama jak tata. Wolę mówić o sobie „rodzic”. Urlop rodzicielski pokazał mi, że spektrum zadań zarezerwowanych na wyłączność dla którejś z płci jest w rzeczywistości bardzo wąskie. Nie oszczędziłem żonie wysiłku związanego z ciążą, nie mogłem odjąć bólów porodowych. Zrozumiałem też, że chwila połogu jest równie potrzebna maleństwu, co i jej samej – na dojście do siebie. Cała reszta jednak to kwestia organizacji. Wolnego wyboru nas obojga.