W poszukiwaniu zaginionych smaków, czyli dlaczego syn chce tylko frytki

Kategorie: Bez kategorii

Słoneczna pogoda dała jasny impuls – czas rozpocząć sezon nadmorskich spacerów. Młody już od miesiąca każe sobie puszczać bajki z morską scenerią i pyta, kiedy pojedziemy nad „moze”.

Godzinna podróż zakończyła się na pętli w Brzeźnie. Plaża wybrana z lenistwa, przyznaję – blisko tramwaj, a z perspektywy gdańskiego Południa nie tak daleko jak Jelitkowo. Wiekopomna chwila wkroczenia na zimne, złote piaski nadbałtyckie po trzech krokach skończyła się pytaniem – Kiedy wrócimy do domu? Zasada prosta: nie ma grzebania w piasku, nie ma zabawy. Przecież co tu więcej robić? Szum, zimno i tyle. Rada w radę zdecydowaliśmy komisyjnie, że spacer ograniczymy do pokonania „monstrualnego” dystansu od wejścia nr 50 do mola (całe 500 m!). Z finałem w jednym z barów rybnych, co to niedawno rewolucję przeszedł. Bierzemy menu i przed nami kolejne wyzwanie – na sugestię zupki albo rybki słyszę tylko „nie, nie, nie” Młodego.

Wyjścia nie było, na stole wylądowały frytki (niech babcia lepiej tego nie czyta). Na usprawiedliwienie zakąszone tylko kroplą zupy „kiełbaskowej”, znaczy polskiego żuru. – Tato, ile łyżek mam zjeść? – pyta czterolatek, jakby każda jedna była miarą heroicznej odwagi młodego mężczyzny.

Niestety, gdyby spektrum ulubionych smaków Młodego sprowadzić do palety barw, składałaby się nie więcej niż z trzech kolorów podstawowych. W miejsce barw wystarczy wpisać jogurcik, płatki i – no właśnie – frytki. Prozdrowotne mięsko jest ledwie tolerowalne. Surówki grożą najwyraźniej wysypką, bo Młody nie rusza talerza „zanieczyszczonego” warzywami. Z czyjej krwi jest ten chłopak?! Gdzie podziały się geny odpowiedzialne za  mój dziecięcy, nieposkromiony apetyt na wszelkie nowości?! Jak sięgam pamięcią, na mojej czarnej liście znajdowały się co najwyżej ogórkowa i marchewka z groszkiem w zasmażce.
Częściej jednak dywagacje kulinarne ustępują pola niepokojom o dietę i zdrowie Młodego. No, gdyby chociaż raz w tygodniu zjadł to żółtko. Może chociażby buraczkiem kurczaczka zagryzł… Wysiłki na nic się zdają – repertuar dobry to repertuar prosty i przewidywalny.
Plażę i morze też lepiej obejrzeć w bajce. I cieplej jest, i z domu nie trzeba się ruszać. No i zawsze jogurcik można przed ekranem przetrącić. Tylko tata się martwi, co znów poszło nie tak, że ten syn leniem obrasta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.