kłosy1małe(fot. Patrycja Kłos)

Czas najwyższy już wyjąć dawno temu kupione przyrządy malarskie. Zaokrąglony trzydziestym tygodniem ciąży brzuch żony przypomina wyraźnie, że trzeba pomyśleć o przeorganizowaniu mieszkania. Najstarszego, sześciolatka, przeniesiemy do pokoju bliżej kuchni (to do jego pokoju ta farba i pędzle). Jest już duży, niech ma swój kąt i swoje biureczko (złożone czeka jeszcze pod ścianą w kartonie). Młodsza zostanie w pokoju. Niech rządzi niepodzielnie, póki za jakiś rok nie dołączy do niej Kruszyna. Dla Kruszyny na razie będzie miejsce blisko nas, w sypialni. Kołyska czeka już u znajomych w garażu.  Będzie trzeba jeszcze komputer przenieść (znowu wiercenie dziur pod kable sieciowe). Jakoś się uda. Już się chce, by ten marzec nastąpił.

 Rodzicielska elita

Myśl o potrójnym rodzicielstwie zaczęła dobijać się pod czaszką jakoś na początku roku. Wcześniej były tylko hasła rzucane, gadanie-gdybanie, niedokończone rozmowy. Tą wiosną ze słów wypłynęła decyzja. Uwierzyliśmy, że miłość w rodzinie 2+3 pomnoży się przez pięć. I że zawsze będzie w niej czym się podzielić. Dotąd udawało się, więc czemu teraz miałoby nie?

– Jesteście odważni… Trójkę dzieci w takich czasach…

Żona nie protestowała. Wpadliście? Będzie dobrze – słyszeliśmy w początkach ciąży.

Zabawne. Gdy na co dzień reklamy lansują fun w wydaniu „double income no kids”, trzecie dziecko może się wydać tylko niechcianą wpadkę. A mnie przypominają się kasety wideo z dzieciństwa, które matka niedawno oddała do digitalizacji. W ciemnym pokoju z ekranu laptopa oglądaliśmy nagranie sprzed niemal 20 lat – któreś imieniny u cioci. Powoli odświeżały się w pamięci imiona pociotków. W pewnym momencie przyłapałem się, że mimowolnie liczę dzieciaki: tu trójka, tam czwórka, tu dwójka.

W latach 80.-90. jedno-dzietność była rzadkością.  A dziś? Ponoć co czwarty związek nie ma dzieci, a co piąty – tylko jedno.

My dołączymy wkrótce do rodzicielskiej „elity”. Według statystycznych rachunków – podobnych nam jest ledwie 5 procent.

Ale bardziej niż statystyki dziwi to całe heroizowanie rodzicielstwa. Pewna psycholog stwierdziła, że ciąża jest czasem szczególnym dla związku, dlatego że wiąże się z poczuciem utraty kontroli. Bo z chwilą poczęcia zaczyna się coś  nieodwracalnego. A my chcemy panować nad życiem. Dlatego wolimy podejmować te decyzje, które dają możliwość odwrotu.

Hawaje na kwadracie

To prawda, w naszym marzeniu o wielodzietności była odrobina szaleństwa, ale nie było przypadku. Ktoś nam przed pierwszą ciążą powiedział: „Nigdy nie znajdziecie dobrego czasu na decyzję o dzieciach. Przeszkód znajdzie się zawsze milion. Więc nie ma co czekać”. Ta myśl ośmieliła nas także, gdy za drugim razem zamarzyliśmy o rodzicielstwie. Skoro wszystko gra jak najlepiej, to czemu nie powiększyć orkiestry?

Decyzja o trzecim dziecku była na swój sposób i spontaniczna, i przemyślana. Bo oprócz marzeń, była w tym też kalkulacja ekonomiczna – że budżet się dopnie, że człowiek będzie pewnie musiał trochę intensywniej popracować, ale benefity dziecięce nieco pomogą.

Skłamałbym bowiem, gdybym stwierdził, że nie braliśmy ich w rachubę (choć ważniejsze były te obowiązujące niż obiecywane). Mamy szczęście – mieszkamy w Gdańsku –  więc i komunikacja będzie darmowa, i kultura półdarmo, i publiczny żłobek po kosztach, bo załapiemy się w widełki wielodzietności i gwarantowanego  miejsca – cały ten milion drobnych obliczeń składających się na domowy budżet.

Może jeszcze zabiorę kiedyś żonę na Hawaje. Dzieci podrosną, opuszczą dom. A jak nie będzie nas stać na samolot, to urządzimy sobie Hawaje w domu – jak w tej zapomnianej reklamie funduszu emerytalnego. Ważne, byśmy we dwoje byli szczęśliwi.

Noce z Hitchcockiem

– Jak to wygląda z perspektywy mężczyzny? – zagadnęła niedawno znajoma. Pomyślałem, że za każdym razem inaczej. Pierwsza ciążą była wychuchana, wpadłem po uszy. Byliśmy sami we dwoje i „ten trzeci” w brzuchu. Gadałem z nim wieczorami, a w ciągu dnia chodziliśmy na spotkania do szkoły rodzenia, gdzie na lalce uczyłem się chwytania, przewijania i kąpania. Technika jest ważna, dała pewność, że sobie poradzę – strach zniknął, zrobił miejsce na pojawienie się więzi.

A potem był ten niesamowity czas, gdy nocami stałem nad garnkiem z parującą wodą, wyparzając butelki, grzałem mleko i karmiłem bobasa, oglądając filmy Hitchcocka. Tego karmienia brakowało mi, gdy przy Młodszej laktacja zadziałała, a mi zostało przewijanie dziecka.

Za to nadrobiliśmy sobie, gdy żona i przepisy dały mi możliwość wzięcia półrocznego urlopu rodzicielskiego. Pamiętam spacery z Młodszą, razem zaprowadzaliśmy i przyprowadzaliśmy Młodego do  szkoły. Czasem tak długo, że do domu wpadaliśmy tylko na chwilę, po świeży zapas pieluch i mleko. Pamiętam, jak się ucieszyłem, gdy pierwszy raz usiadła na moich oczach. Czułem, jakby to był mój, prywatny sukces.

Z Młodszą wiąże mnie jeszcze jedno silne wspomnienie: ten jedyny w swoim rodzaju moment, gdy położna położyła ją na piersi żony. Pamiętam doskonale, jak dostałem wtedy podwójny strzał dopaminy. Że udało się i Młodsza jest już nareszcie z nami. I że moja żona jest taka dzielna. Nie zrozumie tego żaden, który przez pięć godzin porodu nie stał bezsilnie koło swojej partnerki, gdy ona zwijała się w bólach.

Rozmowy z brzuchem

Przez całą ciążę Młody czekał na Młodszą niecierpliwie. Dopytywał, oglądał bajki o rodzących się maleństwach, świadomy i przygotowany oczekiwał na rozwiązanie. Teraz po prostu pyta, kiedy Kruszyna wyjdzie i dlaczego to musi tak długo trwać.

Czasem rozmawiamy z dziećmi o Kruszynie, na którą czekamy i która się ukryła  tam, w brzuchu mamy. Gadamy do niej, a  dzieci machają do brzucha. Młodsza jeszcze niewiele rozumie, ale też macha. Niech będzie, że siostra zobaczy. Ale jak nie chcę jej czegoś „dać”, choćby smoczka czy ciastka, zakrywa brzuch bluzką. Jakby czuła, że za chwilę będzie musiała się dzielić.

kłosy-małe

Piastun, kur domowy, tata na etacie, domowy ojciec – zwał jak zwał, w każdym razie od pięciu miesięcy jestem na urlopie rodzicielskim. Na głowie mam Młodego (lat 6) i oczywiście Małą (rocznik 2014). „Jak jest?” to chyba najczęściej słyszane pytanie obok „Czy nie brak ci pracy?”. Jest dobrze. Po prostu.

Pomyli się jednak ten, kto postawi znak równości między urlopem rodzicielskim a wypoczynkowym. Wolnego czasu mam nie więcej niż człowiek pracujący 8 godzin dziennie. Sytuacja komplikuje się, gdy druga połówka wraca z pracy późnym wieczorem, a ja zmuszony jestem ciągnąć nadgodziny przy dzieciach. Czasem do ich zaśnięcia.
I jakoś nie bawią mnie stereotypy o żonach gderających, że ich mężowie późno wracają. Bywa, że sam gderam. Opieka nad dzieckiem, prowadzenie domu to seria czasochłonnych – nieraz do znudzenia powtarzalnych – zadań. Przyznaję za to, że wyraźnie spadło tempo życia.
Jedyną wolnością, jaką bezsprzecznie odzyskałem na rodzicielskim, była wolność myślenia. Blisko miesiąc zabrało mi uwalnianie umysłu od problemów pracy.
Wcześniej
Godzina zero tuż-tuż. Czuję się jak ciężarna na kilka dni przed terminem: lekka nerwówka, ale też ciekawość, podekscytowanie. Tyle że skurczów nie ma. W gronie znajomych świętowaliśmy niedawno mój „poród”. Dużo pytań, dużo gdybań.
Dzień -1
Jestem gotowy. Jutro pierwszy test: odebrać Młodego po raz pierwszy ze szkoły. I przy okazji nie zgubić Małej. Poziom trudności jak dla początkujących, ale pierwsze samodzielne wyjście z wózkiem „na miasto” lekko stresuje. Jak przystało na wózkowego, będę walczył. Żaden Mikołejko nie napluje mi w twarz.
Dzień 1
Daliśmy radę. Małą zacząłem pakować godzinę po wyjściu Młodego. Zabrałem prowiant, na zmianę ciuchy, pieluchy, tetry, ściereczki i kocyk. Starczyłoby tego do równonocy. Pomyślałem: „Pojedziemy do centrum, pospacerujemy, Mała zażyje powietrza”. Wrzesień ciepły, a pogoda zachęcała do spacerów.
Trochę mnie poniosło – przyjechaliśmy trzy godziny przed czasem. W efekcie, z nudów, obeszliśmy ECS dookoła, zinwentaryzowaliśmy stocznię, zbadaliśmy Nową Wałową i budowę Muzeum II Wojny Światowej. To będzie kiedyś ładny kawałek miasta. Szkoda tylko, że burzą to, co zostało po stoczni.
W szkole Mała oszołomiona – pierwszy raz znalazła się wśród takiej wrzawy. Młody podekscytowany pierwszym dniem nauki. Poszliśmy na lody.

Dzień 4
Pierwszy tydzień roboczy za nami. I pierwsza obserwacja: nie trzeba krzyczeć, żeby przejechać z wózkiem przez wąskie przejście lub wsiąść i wysiąść z autobusu. Zwykłe „przepraszam, proszę” wciąż działa. Ludzie są mili, w najgorszym wypadku obojętni. Normalni.
Dzień 7
Złapałem rytm, żyję seriami: pielucha, karmienie, usypianie, pielucha, zabawa, karmienie. Mała ucina sobie dwie drzemki w ciągu dnia. Śpi godzinę, półtorej. Czasem dwie. Mam czas dla siebie. Albo raczej na ogarnięcie chaty. Staram się nie sprzątać zbyt energicznie. Czytałem, że nie można budzić śpiących niemowląt.

zofia-stare2-małe
Dzień 16
Żona kupiła większe smoczki dla Małej. Na jednym jest napis „I love milk”. Na drugim „I love mum”. Wersji z „daddy” nie było. Przy okazji ponarzekała, że nie widać, żebym w domu coś robił. Czepia się. Odparowałem coś o wole i cielęciu.
Dzień 19
Przeczytałem, że niemowląt nie można chować w ciszy. Teraz w trakcie drzemki podgłaśniam trochę telewizor.
Dzień 23
Odważyłem się nastawić zmywarkę w trakcie drzemki. Ścieram kurze. Zbieram ubrania po domu i składam w stosiki. Wróciłem do gotowania (przypomniały się czasy studenckie). Kur domowy pełną gębą. I przestały mi wystarczać drzemki Malej na zrobienie wszystkiego w domu, co sobie zaplanowałem.
Dzień 32
Dużo chodzę na spacery. Odkrywam Gdańsk na nowo. Bawi mnie robienie zakupów na hali targowej w południe. Czuję się jak na urlopie, choć do wieczora muszę radzić sobie z Małą sam. Jestem oszołomiony wolnością. Po raz pierwszy od czterech lat mam czas i siły pomyśleć o bzdurach.
A, znalazłem dobry warzywniak. Małej kupuję jabłka, a sobie warzywa sezonowe. Jest w czym wybierać. Gotuję. Przez ostatnie lata zapomniałem, jakie to fajne.
Dzień 46
„Polska szydzi z facetów na tacierzyńskim” – dopadł mnie nagłówek „Newsweeka”. A ja czuję, że coś zaczyna się we mnie gotować. Dalej nie było lepiej. Niejaka Anna Szulc tak postanowiła opisać sytuację mężczyzn decydujących się na opiekę nad dziećmi: „Znienawidzeni przez pracodawców, potępiani przez biskupów, lekceważeni przez własne matki, a czasem nawet żony. Mężczyźni, którzy postanowili zostać w domu z dziećmi, są u nas traktowani jak istoty z innej planety”. W tekście historie „z życia wzięte”: pana Roberta, z którego wszyscy drwią, a pracodawca nie chce przedłużyć umowy, pana Piotra, którego pediatra lekceważyła w gabinecie, a żona w łóżku. Chyba mieszkam na innej planecie niż pani Szulc. Załapuję doła. Może ze mną coś nie tak. Może ludzie szydzą za plecami.
Dzień 49
Nowy element w rytmie dnia. Teraz działam w systemie: „pielucha, karmienie, usypianie, ząbkowanie”. Nocą sen skurczył się dramatycznie.

zofia-stare8-małe

Dzień 56
Byłem na szczepieniu. Moja pierwsza wizyta lekarska z Małą. Stres jak przed egzaminami. W głowie myśli co najmniej, jakby dziecko mieli mi w gabinecie odebrać. Czy Mała ręce i buzię ma czyste? Czy dobrze ją ubrałem? Nie za ciepło? Nie za luźno? Ubranie jest czyste?
Po szczepieniu lekarka spytała, kto się opiekuje Małą. Odpowiedziałem, że rodzicielski wziąłem na siebie.
– Piękna decyzja. To taki cudowny okres w życiu dzieci, tak szybko mija. To wspaniale, że mężczyźni chcą też w tym uczestniczyć – wzruszyła się. Serio. W drodze do domu myślę, że to jednak ta Szulc z „Newsweeka” jest z innej planety.
Dzień 69
Kiedy odbierałem ze szkoły Młodego, w holu wywiązała się rozmowa z innym ojcem. Mówił, że ze swoim dzieciakiem siedział rok na wychowawczym i że był to jeden z najlepszych okresów w życiu. Wow, jednak nie jestem sam. Plus 10 punktów do samozadowolenia.

Dzień 101
Mała zaczęła raczkować. Staje też przy barierce. Mogę gapić się na nią godzinami.

zofia2-małe
Dzień 129
W telewizji poleciała piosenka o mamach. Refren prosty: „Ram pam pam/ pam pa ram/ bardzo fajną mamę mam”.
Czwarty miesiąc oglądam kanały dziecięce, ale piosenki dla tatusiów nie słyszałem. Zacząłem przyzwyczajać się, że „tata w domu” jest wciąż abstrakcją. Piosenki, laurki, życzenia są dla mam. Niech zapracowane w domowym kieracie mają chociaż chwilę przyjemności.
My, ojcowie na etacie, nie mieścimy się jeszcze w wyobraźni telewizyjnych producentów. Zresztą nie figurujemy nawet w przestrzeni symbolicznej. Pokoje z przewijakami są dla „matek z dzieckiem”. Do tego oznaczone piktogramem pokazującym maleństwo i kogoś z kitkiem lub trójkątem przesłaniającym biodra (Szkota?). Nawet sklepy nazywają się Mama i Ja i inne Supermamy. A ojcowie w kosmosie.
Czuję się jak Tinki Winki. Mam nawet swoją torbę. Trzymam w niej akcesoria dziecięce.
Dzień 155

Żona wróciła „normalnie” do domu. Wyszedłem na trzy godziny do miasta. Chwila wytchnienia.

Po powrocie Mała wyciągnęła do mnie ręce i wyszczerzyła buzię w uśmiechu. Żona ze śmiechem: „Czekała na ciebie jak na mamę”.

Epilog

Tata jak mama. Mama jak tata. Wolę mówić o sobie „rodzic”. Urlop rodzicielski pokazał mi, że spektrum zadań zarezerwowanych na wyłączność dla którejś z płci jest w rzeczywistości bardzo wąskie. Nie oszczędziłem żonie wysiłku związanego z ciążą, nie mogłem odjąć bólów porodowych. Zrozumiałem też, że chwila połogu jest równie potrzebna maleństwu, co i jej samej – na dojście do siebie. Cała reszta jednak to kwestia organizacji. Wolnego wyboru nas obojga.

dziecko u dentysty, stomatolog dziecięcy, leczenie zębów dzieci

dziecko u dentysty, stomatolog dziecięcy, leczenie zębów dzieci

Stuk puk, buźka szeroko, sprawdzamy zęby – dwa tygodnie starałem się oswoić Młodego z pierwszą wizytą u dentysty. Wyrok zapadł po bilansie czterolatka. Trzy ubytki do leczenia. Wizyta w gabinecie nieunikniona. Pierwsza myśl była taka, że ciekaw jestem, jak lekarz zmusi Młodego do otwarcia buzi, skoro nawet przy próbach karmienia znienawidzonymi surówkami wychodzi to słabo. Stąd te dentystyczne próby przed wizytą. Jak się okazało, skuteczne. Czteroletnia gębusia otworzyła się bez marudzenia na widok białego kitla. Przekonujący był też i sam lekarz (Boże, dzięki, że niektórzy studenci nie śpią na wykładach psychologii).

Czytaj dalej

Chmura deszczowaTen tekst z pewnością wyda się wybitnie subiektywny. Bo jak tu trzeźwo odnieść się do pierwszego przedstawienia syna, które się widziało. Wiadomo przecież, że Młody śpiewał najgłośniej i najlepiej z całej przedszkolnej grupy. I rolę miał kluczową. Choćby to była rola chmury deszczowej w trzecim rzędzie małych aktorów. Ale śpiewająca! I to jak! Bez jego udziału sztuka z pewnością straciłaby na wyrazie.

Czytaj dalej

Tata na Etat

Tata na Etat

Wspólne kopanie piłki z synem w sobotę czy niedzielna wizyta z córką w cukierni to za mało. Dzisiaj  tata ma być przebojowy, a czas spędzony z dzieckiem – niezwykły. Warsztaty z robotyki i fotografiki, wspólna nauka fińskiego lub chińskiego, kurs wiązania kokardy czy breakdance w międzypokoleniowym duecie – to jest to! Start ogólnopolskiej kampanii „Etat TATA” sprowokował pierwszych mężczyzn do wyjścia z pociechami z domów, czy – chciałoby się wręcz rzec – z podziemia.

Czytaj dalej

kubek-tortNajwiększa zjeżdżalnia zaliczona! Co prawda było trochę strachu podszytego małym otarciem, ale chwilę później rany ukoiła salka z gąbkowymi piłkami. 2,5 godziny w hali wypełnionej rusztowaniami, trampolinami i zjeżdżalniami boleśnie przypomniały, że przez zimę (bardzo długą zimę) poważnie  zaniedbałem kondycję.

Za to Młody „wymiatał” i widzę, że staje się coraz bardziej śmiały. Jeszcze przed rokiem był problem z kręconą zjeżdżalnią, a dziś wskakuje na podesty podwieszone 10 metrów nad ziemią, tylko po to, by dać susa plastikową rynną. – Tato, jestem juz duzy, plawda? – O tak. Duży jak Madżitu – chłopak promienieje na porównanie z bajkowym olbrzymem.

Czytaj dalej

Szukam lądowiska dla „tlójki” – Młody robi pierwsze kroki w matematyce, pod kierunkiem Supercyfr z telewizyjnego ekranu. Oszalał dosłownie na punkcie 10 cyferek, codziennie rozwiązujących serię logiczno-matematycznych łamigłówek. A ja zastanawiam się, czy wraz z pierwszymi działaniami arytmetycznymi nie traci aby dziecięcej niewinności.

Czytaj dalej